Telretakai netrah sommen, stena dairen los me ton.
Ideheure makahonne ktai primitte Zakerthon.
Polya? Nu zattaī verle. Posa vi, mi, teora.
Kaya tonhe, kaya nerhe, Dairalleī makatah.
To mój trzeci i ostatni jak na razie wpis o językach sztucznych. W poprzednich dwóch pisałem o tym, dlaczego uważam za stratę czasu tworzenie sztucznego języka z zamierzeniem, by posługiwały się nim miliony ludzi, oraz dlaczego lubię języki artystyczne, służące do budowy światów fantasy. W tym wpisie chciałbym przybliżyć Wam mój autorski pomysł na stworzenie języka sztucznego. Będzie to wpis trochę dłuższy niż zwykle i jeżeli nie jesteście bardzo zainteresowani tematem, może Was znudzić. (Albo możecie skończyć od razu na koniec notki, żeby dowiedzieć się, czemu na razie blog leży odłogiem).
Typowy sposób budowy sztucznego języka – gdy jesteś amatorem i sam za bardzo nie wiesz, co robisz – to poczytać trochę o gramatyce, fonologii, morfologii, itd., a następnie wymyślić kilka nowych zasad gramatycznych, oraz kilkadziesiąt-kilkaset słów. Potem piszesz kilka stron tekstu z wykorzystaniem tych słów i patrzysz, czy Ci się podoba.
Chciałbym odwrócić ten proces do góry nogami. Co, jeżeli mógłbym najpierw napisać kawałek tekstu wymyślonymi słowami, a dopiero później nadałbym mu jakiś sens? Tekst nie musi być rymowany, ale rymy i konieczność liczenia sylab wyznaczają pewne granice, dzięki którym łatwiej utrzymać cały proces pod kontrolą.



diaspory, lub innych form migracji ludzi mówiących danym językiem w inne miejsca na świecie. Pomyślałem, że w przypadku francuskiego byłoby to po pierwsze za łatwe zadanie, a po drugie, historii związanych z rozprzestrzenianiem się języka francuskiego jest tak wiele, że jedna notka to zdecydowanie za mało. Planuję więc dłuższą serię tekstów na ten temat, a dzisiaj będzie o czymś z zupełnie innej bajki: o niemieckich społecznościach religijnych w Ameryce.